03 lt. 2021

Relacja uratowanego z lawiny w Tatrach. Jak sprzęt i partnerzy mogą ocalić życie

Relacja uratowanego z lawiny w Tatrach. Jak sprzęt i partnerzy mogą ocalić życie
fot. Wikipedia Commons

Zamieszczamy relację z historii, którą każdy chodzący po Tatrach – zwłaszcza zimą – powinien poznać.

 

W sobotę 30 stycznia w rejonie Suchego Wierchu Ornaczańskiego zeszła lawina, porywając narciarzy skiturowych i przysypując dwie osoby. Choć cała sytuacja wyglądała dramatycznie i mogła skończyć się bardzo źle, tym razem mieliśmy szczęśliwy finał. Poniższą relację jednego z uratowanych zamieszczamy za jego zgodą i dzięki życzliwości strony Skialpinizm, gdzie pierwotnie się ona pojawiła. Niech ten tekst uświadomi jak największej liczbie osób jak ważne w górach są odpowiedni dobór partnerów podczas wycieczki, posiadanie odpowiedniego sprzętu i umiejętność jego wykorzystania do ratowania ludzkiego życia. Przeczytajcie:

„W dobie przygotowań do Euro 2012 wszyscy w Polsce stali się specjalistami w zakresie budowy dróg i stadionów, podobnie jak od czasu wprowadzenia epidemicznych obostrzeń każdy jest konstytucjonalistą, dokładnie wiedząc którą wolność ogranicza obowiązek zakrywania ust, a którą nosa. Ubiegły weekend w Tatrach dowiódł natomiast, że trudno aktualnie nie natknąć się – choćby przypadkiem – na lawinoznawcę – są wszędzie.

Niebezpieczeństwo jest jak pies – daje się oswoić, ale ugryzie, gdy tylko nadepnąć mu na ogon. Wybierając się w sobotę na Suchy Wierch Ornaczański byłem świadomy potencjalnych zagrożeń – brałem pod uwagę silny wiatr, specyficzne uwarunkowania terenowe i inne czynniki lawinotwórcze. Jak zwykle jednak w podobnych przypadkach liczyłem, że ryzyko uda się zniwelować. Zasadniczo wystawa była niekorzystna, ale wybraliśmy niestrome formacje wypukłe, idąc w dużych odstępach. Było nas ośmiu, niemniej pilnowaliśmy odległości, a zjeżdżaliśmy pojedynczo. Jest jednak element, którego nigdy nie daje się opanować w zupełności – człowiek. W trakcie wycieczki, przez cały czas działa się w zaufaniu do partnerów, zawierzając im swoje życie, a pokładając nadzieję w ich odpowiedzialności.

Jednym z najważniejszych błędów, które popełniłem tego dnia była zgoda, by wybrała się z nami osoba jakkolwiek doświadczona, to zasadniczo niegodna zaufania – żyjąca w świecie fantasmagorii, niepraktykująca dobrych górskich obyczajów, a jak się okazało z czasem, nieświadoma elementarnych zasad bezpieczeństwa i pozbawiona podstawowych instynktów samozachowawczych. Bez względu na wszystko, zagrożenie, które spowodowała, obciąża każdego z uczestników wycieczki, albowiem wszyscy uzależniliśmy swoje życie od loterii, zabierając ze sobą kogoś, kogo nie byliśmy pewni, decydując się jednocześnie na podjęcie ryzyka, wynikającego z obiektywnych lokalnych zagrożeń lawinowych, bezpodstawnie wierząc, iż uda się ich uniknąć.

Wychodząc szlakiem turystycznym z Iwaniackiej Przełęczy nie byłem przekonany do zjazdu Żlebem Piszczałki – trawersując ramię, stanowiące jego wschodnie ograniczenie wiedziałem, że pokrywa śnieżna nie jest jednolita, a stok może być zaminowany pułapkami, czekającymi na detonację. Większość zadecydowała jednak, żeby w tym miejscu – nieco poniżej grani – nie wychodząc nawet na wierzchołek, zakończyć wycieczkę i wrócić drogą wyjścia. Zjeżdżaliśmy w odstępach – ruszyłem jako drugi, wyznaczoną przez kolegę linią, trawersującą niespecjalnie wypukłą grzędę i płytki żleb. Kolejnym błędem było niedojechanie do jego końca, by zatrzymać się na przeciwstoku – w bezpiecznej odległości – a stanięcie w jego połowie, celem wyjrzenia za siebie i ustalenia, gdzie są pozostali, chcąc utrzymać z nimi kontakt wzrokowy. Widzialność tego dnia pozostawiała wiele do życzenia. Przez mgłę wypatrywaliśmy w górze niewyraźnych sylwetek kolegów. Wszystko trwało kilka sekund, by wreszcie usłyszeć: „O kurwa! Lawina!”. Z mojej perspektywy, wydawało się, że ruszył cały stok – dojrzałem tylko wznoszące się tumany śniegu, którym towarzyszył straszliwy huk. Podjąłem szybką decyzję o próbie ucieczki – jak się później okazało, w niewłaściwym kierunku (chcąc wrócić na skraj ramienia), bo przecinając tor lawiny – pociągnąwszy jednocześnie za rączkę plecaka (Mammut Light Removable Airbag 3.0). Później pamiętam już tylko koszmarne uczucie poniewierających mną ton śniegu, zjeżdżając na plecach głową w dół (według sygnału GPS z szybkością około 70 km/h). Wydawało mi się, że ginę w ich masie, choć było to najpewniej uczucie złudne, bo poduszka zadziałała. Zasypany całkowicie musiałem zostać dopiero, gdy zatrzymałem się na zwężeniu żlebu – już w lesie – gdzie w jednym miejscu koncentrował się śnieg z całego stoku. Podejrzewam zatem, że do tej chwili pozostawałem na powierzchni lawiny, a przysypały mnie (grzebiąc na głębokości około 1,5 m) zjeżdżające stokiem wtórne masy śniegu.

Więcej nie pamiętam, bo straciłem przytomność – może i dobrze, bo dzięki temu uniknąłem paniki. Ocknąłem się dopiero wykopany przez kolegów po względnie długim czasie – bliskim 25 minut. Lawinisko miało około 700 m długości, a jego kontynuacja za wypłaszczeniem stoku była nieoczywista, w czego konsekwencji moi partnerzy stracili kilka ważnych chwil. Spore zamieszanie wprowadziła też obsługa detektora Ortovox Zoom+ przez jednego z kolegów – urządzenie w łatwy sposób samoistnie przełącza się z trybu search na send, co sprawiało, że pozostali odbierali fałszywy sygnał. Szczęśliwie, rozwagą i szybkością działania wykazał się SK, który wobec bezowocnych poszukiwań, rozpoczął zjazd wzdłuż lawiniska, sygnał odbierając dopiero w lesie – na samym czele lawiny. Gdy detektor wskazał mu odległość 80 cm, zaniechał sondowania, od razu kopiąc. Szczęśliwie, przez cały czas oddychałem – wedle wskazań pulsometru tętno spadło mi do 36 uderzeń serca na minutę – co zawdzięczam najpewniej poduszce plecaka, która wydarła mi w śniegu nieco miejsca, a następnie oddając schodzące z niej powietrze. Już po niedługiej chwili od wykopania odzyskałem świadomość, w logicznym kontakcie będąc od samego początku – wiedziałem kim jestem, gdzie i dlaczego się znajduję. Uczucia pogrzebania pod śniegiem, nie pamiętam, z czego bardzo się cieszę.

W trakcie wykopywania mnie, wydarzył się cud. Ekscentryczny, ponad sześćdziesięcioletni B ma swój oryginalny pogląd na świat (który uważa za płaski). Arkanami jego wiedzy są filmy z żółtymi napisami na YouTube. Wierzy, że światem, rządzą reptilianie, a pandemia to spisek. Do tego jednak, niemal całe życie spędził jeżdżąc na nartach i surfując – w zasadzie na całym świecie. Wszystko to sprawia, że niezbyt częste spotkania z nim mogą wydawać się źródłem niespotykanych wrażeń. Co istotne jednak – jak się okazało – są też niebezpieczne. B chodzi bowiem na narty bez czapki, w wełnianym swetrze, rękawiczki ubiera rzadko, ABC nie nosi. Odnalezienie go w lawinisku wydawało się zatem niemożliwe. Jak się jednak okazało, przez cały czas pozostawania pod lawiną był przytomny – gdy usłyszał wykopujących mnie kolegów, zaczął machać ręką, która wystawała ze śniegu około 20 m poniżej miejsca, w którym mnie odnaleziono. O tym, że wciąż żyje zadecydował wyłącznie łut szczęścia.

To B wywołał lawinę. Zignorował kolejność i linię zjazdu, trawersując szeroko stok i wjeżdżając pod ogromne nawisy, czym uruchomił wielki depozyt śniegu, od którego każdy chciał pozostawać jak najdalej. Uważam jednak, że to nie wina B, a cały problem jest znacznie bardziej złożony i nie sprowadza się li tylko do zasad oceny ryzyka lawinowego, które zostały przez nas nie tyle zignorowane, co zlekceważone. Jaki jest B – każdy wie. Nie kłamał, że ma ze sobą ABC i nie uczynił nic, co mogłoby nas przekonać o tym, że możemy go brać zupełnie na poważnie. A jednak podjęliśmy decyzję o tym, by poszedł z nami – bo będzie śmiesznie – czyniąc go równoprawnym uczestnikiem wycieczki. I w tym właśnie jest clou problemu, a to w indywidualnie dopuszczalnym marginesie ryzyka. Większość z działających regularnie w górach osób zna elementarne zasady bezpieczeństwa, nie zawsze jednak bezwzględnie się do nich stosując. I tak, niejednokrotnie podejmuje się decyzje o żywcowaniu łatwych dróg wspinaczkowych, wyjściu na Kasprowy Wierch bez ABC i tym podobne. Często znajdujemy się też w miejscach, w których nie powinno nas być, powtarzając sobie w duchu, że przecież jestem ostrożny. Bo – nie oszukujmy się – w góry wyrusza się po to, by wchodzić a nie zawracać, a podświadomie STOP niemal zawsze ustępuje GO. Odnalezienie bezpiecznego balansu w tej hierarchii wymaga natomiast niebagatelnego doświadczenia, wiedzy i trzeźwej oceny sytuacji, czego sobie i wszystkim życzę.

P.S. „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” – to utarty frazes, niemniej trudno się z z nim nie zgodzić. I tak, kieruje wyrazy nieopisanej wdzięczności dla SK – uratowałeś mi życie, czego nigdy Ci nie zapomnę. Dziękuję też PH, HG, BK, MB i BP – za to, że byliście na miejscu i staraliście się pomóc tak, jak potrafiliście najlepiej – i wreszcie ratownikom Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego za udzielone wsparcie i sprawną ewakuację. Jesteście wielcy!

K.”

PS: W internecie zaczęły już krążyć posty, których autorzy bez zgody kopiują relację i zamieszczają na swoich stronach jak własną. Przekazujemy prośbę o poszanowanie praw autorskich i zachowanie przyzwoitości w tej kwestii.

Tagi: bezpieczeństwo edukacja lawina ratownictwo relacja wypadek


Powiązane artykuły