Obrazek użytkownika tatromaniak

Spadł kilkaset metrów z Rysów, cudem przeżył. Relacja Michała - ku przestrodze

Szczegółowa relacja człowieka, który przeżył kilkusetmetrowy upadek z Rysów.

 

W niedzielę 15 października Michał wybrał się ze znajomymi na Rysy. Na szczyt weszli od strony słowackiej, schodzili na polską w kierunku Morskiego Oka. Kilka minut po rozpoczęciu zejścia wydarzył się wypadek, który o mało nie kosztował Michała życia. Zazwyczaj w przypadku wypadków tatrzańskich mamy do czynienia z krótką informacją w mediach lub oszczędnym, wyważonym komunikatem w kronice TOPR. Tym razem będzie inaczej. Ku przestrodze innych, Michał postanowił podzielić się swoim opisem tamtej sytuacji. Zapraszamy do lektury:

"Plan był prosty. Wypad ze znajomymi w Tatry Wysokie od słowackiej strony. Część z nas została po tamtej stronie, a my we dwójkę mieliśmy przekroczyć Rysy i zejść do Morskiego Oka na nocleg. Pogoda przepiękna, warunki prawie idealne. Wysoko już zima i raki trochę się przydały. Ale trudno mówić o jakimkolwiek zagrożeniu lawinowym, wielkich oblodzeniach, itp. Błękitne niebo, bardzo ciepło, zero wiatru i chmur. Wprost wymarzone warunki na wycieczkę...Po wejściu na szczyt od słowackiej strony, zrobieniu tysiąca fantastycznych zdjęć i zjedzeniu "obiadu" zaczęliśmy schodzić szlakiem nad Czarny Staw. I wtedy dołączył do nas Patryk, który potem uratował mi życie...

Jeśli ktoś zna Rysy od polskiej strony na pewno kojarzy lej opadający do Czarnego Stawu po prawej stronie względem czerwonego szlaku (mniej więcej za "Bulą pod Rysami"). Bardzo często zamiast szlakiem turyści podchodzą tymże żlebem zdobywając szczyt. Jest dość stromy, ale pozornie (przynajmniej w warunkach pełnej zimy bądź lata - gdy jest całkiem sucho) nie taki trudny. W ostatnią niedzielę po upadku spod szczytu Rysów właśnie tym żlebem "skróciłem" sobie drogę na dół. Wraz z niewielką lawiną kamieni i kawałków lodu, które leciały ze mną.

Tuż za pierwszym fragmentem łańcuchów (schodząc z Rysów na stronę polską) cholernie źle stanąłem. Miałem cały sprzęt, oczywiście raki, dobre buty, nawet kije trekkingowe którymi mniej więcej sprawdzałem czy grunt się trzyma (a przypominam, że warunki były bardzo dobre). Nie pomogło to. Następne miejsce w którym postawiłem stopę okazało się być ledwie 30-to centymetrową warstwą śniegu (na tyle zbitą, że kijki solidnie się na niej oparły) pod którą kryła się głęboka dziura z pochyłą, oblodzoną ścianą na jej dnie. Przy tak twardym lodzie na nic się zdały sztywniejsze raki półautomatyczne czy reszta sprzętu. Zjechałem kawałek z osuwającym się śniegiem, wpadłem nogą do otworu, a jego pochyłe dno i lód spowodowało, że przekoziołkowałem w stronę żlebu po polskiej stronie. Nie było szans żeby jakkolwiek się zatrzymać. Ktokolwiek kiedyś leciał w dół z lawiną czy choćby po oblodzonym stoku wie, że na reakcję jest tylko sekunda. Może 2-3...Bo po kilku sekundach prędkość jest już tak duża, że żaden czekan ani raki nie pomogą. A zderzenie ze skałą jest jak wjechanie samochodem w betonową ścianę budynku...

Nie wiem jakim cudem, ale przez może 20-30 sekund całego lotu nie straciłem nawet na chwilę przytomności. Pamiętam dokładnie pięć "fikołków", które zrobiłem z ciężkim plecakiem po wybiciu z kolejnych skał. Pamiętam, jak na przełomie wyleciałem w powietrze i uderzyłem kręgosłupem i potylicą w pionową ścianę (na wysokości kilku metrów), która w jednym momencie wyhamowała mnie do zera. Pamiętam jak w tamtej chwili pod impetem uderzenia straciłem oddech na krótką chwilę...Pamiętam też, że każda próba wyhamowania momentalnie kończyła się kolejnym wyrzuceniem mnie w powietrze, fikołkiem i lądowaniem na plecach bądź głową do dołu. Przy takim impecie lecisz i obijasz się jak w pralce...Pamiętam też, że zaraz po złapaniu oddechu po wyhamowaniu na pionowej ścianie dotarło do mnie, że to ostatnia szansa żebym się zatrzymał. Chwilę wcześniej byłem przekonany, że to koniec. Ze ściany spadłem ponownie głową w dół. Twarzą uderzyłem w lód. Nie miałem już przy sobie nic za wyjątkiem jednej rękawiczki... Mimo to wbiłem się z całej siły rakami i gołymi palcami w śnieg, przycisnąłem nawet brzuch i klatkę do zbocza modląc się, że może to cokolwiek da. Choć logicznie nie powinno dać nic. I...zatrzymałem się. Pamiętam tylko przeraźliwy (ale cichy) krzyk chłopaka, który z nami schodził. I wołanie koleżanki czy wszystko jest w porządku. Byłem już kilkaset metrów niżej. A zacząłem spadać kilkanaście metrów poniżej szczytu... Wiedziałem, że żyję i że (prawdopodobnie) jakimś cudem nic mi nie jest. Ale nie mogłem nic odpowiedzieć, bo próbowałem złapać oddech i jednocześnie wypluwać krew z rozciętych ust i języka. Po kilkunastu minutach coś odkrzyknąłem i chciałem po prostu zejść z leja w którym się znajdowałem (mniej więcej w 1/3 drogi od Czarnego Stawu na Rysy). Normalnie bym to przeszedł bez problemu... Wydawało mi się, że mam tylko lekkiego siniaka i trochę rozwaloną wargę. Ale próba ruszenia się była wstępem do dalszych problemów. Lewa noga kompletnie niesprawna i cholerny, przeszywający ból przy nawet drobnej próbie ruchu. Lewy nadgarstek niesprawny. Z prawej dłoni leje mi się krew, z której zrobiła się już niewielka kałuża. Na szczęście jest sprawna! Paznokcie i trochę skóry na opuszkach straciłem po wbiciu się rękami w śnieg i drobne kamienie. Ale palce na szczęście nie były połamane. Prawa noga chyba ok. Ale stałem wbity tylko na przednich kolcach raków w zasadzie na samych palcach. Trzymając się lodu jedną ręką, w której nie miałem już czucia w palcach i opierając ciężar mój i plecaka na jednej nodze, nie było szans żeby się ruszyć.

I w tym momencie zaczęły się największe problemy, na które pewnie nikt (włącznie ze mną) nie zwróciłby wcześniej uwagi...

Na szlaku na Rysy po polskiej stronie bardzo szybko robi się oblodzenie. Zwłaszcza przy zachodzie słońca, które topi śnieg na (jeszcze oświetlonym) szczycie i ta woda po prostu spływa na dół zamarzając w miejscach gdzie już jest cień. Między innymi dlatego najlepiej na Rysy jest wchodzić od polskiej strony a schodzić od słowackiej. Tak jest bezpieczniej. My nie schodziliśmy o zachodzie słońca ani nawet późnym popołudniem. Może o 14:00/15:00...Problem w tym, że przełom żlebu na którym się zatrzymałem był pod nawisem skalnym, przez co znajdował się w cieniu od dobrych paru godzin...W tamtym miejscu śnieg już powoli zamieniał się w firn. Pod jego kruchą warstwą po skałach spływała woda. Więc to wszystko kompletnie się siebie nie trzymało. Opierając cały ciężar ciała na czubkach jednej nogi i na jednej ręce dodatkowo przeciążałem i tak niestabilne zbocze. Lód topił się pod ciepłem mojej gołej ręki i wszystko po kawałku zaczynało zjeżdżać. Uratował mnie Patryk, który zszedł z góry z czekanem do mnie. Wbił go solidnie i czekał ze mną na przylot TOPR-u. Gdyby nie ten czekan, nie byłbym w stanie się utrzymać tych paru godzin na jednej, gołej ręce trzymającej tylko kruchy lód...

WEZWANIE POMOCY W GÓRACH CZĘSTO JEST OGROMNYM PROBLEMEM!!! Przechył leja pomiędzy skałami w którym się zatrzymałem nie miał żadnego zasięgu. Próby na trzech telefonach nic nie pomogły. Zmiana sieci również. Zainstalowana wcześniej aplikacja, która po skonfigurowaniu miała działać wszędzie tam gdzie jest zasięg GPS również okazała się bezskuteczna informując, że "brak jest dostępnej sieci". Byliśmy zdani na Karolinę, która schodziła sama do Morskiego Oka z niesprawnym swoim telefonem (chwilę przed wypadkiem upadł jej i się wyłączył podczas robienia zdjęć). Co więcej następnego dnia okazało się, że w tym samym czasie TOPR wzywała turystka na Orlej Perci, która poszła sobie w sportowym obuwiu i "zapomniała" zabrać raki, czekan, potrzebne rzeczy. I poprosiła żeby ją stamtąd zabrać...

Wpół wisząc na pochyłej ścianie przytulony całym ciałem i twarzą do lodu po kilkunastu minutach zacząłem trząść się zimna i powoli odpływać przez hipotermię. Zachód roztapiał śnieg na górze, który spływał całym zboczem po mojej twarzy, kurtce (również pod nią). Na nic się nie zdało potrójnie laminowane Gore na lodowe wspinaczki. Woda wpływała do środa przez kołnierz...Po niedługim czasie zaczęło do mnie docierać, że się tam nie utrzymam. Cały czas wisząc tylko na jednej sprawnej nodze i jednej, gołej dłoni powoli traciłem czucie. W międzyczasie słyszeliśmy dwa razy śmigłowiec przelatujący nad naszą głową. Prawdopodobnie z panią turystką spod Orlej...Krzyczeliśmy z całych sił o pomoc. Wołaliśmy. To była już grubo ponad godzina czekania. Nikt nie słyszał. Z góry spływała woda i co chwilę spadały na nas drobne kawałki lodu i kamienie, które Patryk odbijał ręką. A trzęsące się z zimna moje ciało nie pomagało specjalnie w wiszeniu na kompletnie niestabilnej, lodowej ściance ciągle podmywanej przez wodę od spodu. Po około dwóch godzinach Patryka również zaczęła wykańczać hipotermia. I o ile wcześniej jeszcze byłby w stanie zejść sam na dół teraz już wiedziałem, że nie ma na to szans. Dalej nie wiedzieliśmy kiedy przyleci TOPR ani czy w ogóle dzisiaj do nas dotrze. Musieliśmy zaryzykować i spróbować gdzieś się przemieścić. Ja już praktycznie nie miałem czucia w żadnej kończynie i wiedziałem, że albo sam odpadnę albo ściana nie wytrzyma i polecę razem z nią.

Najgorsze w całej sytuacji było to, że w plecaku miałem folię NRC, grubą puchówkę, drugi polar, zimowy śpiwór puchowy, karimatę, nawet sporo jedzenia i termos z gorącą herbatą. Tylko jak do cholery się do tego dostać żeby nie zlecieć kolejnych kilkunastu metrów w dół, ponownie nabrać prędkości i potem wyhamować już dopiero na dole na skałach...kilkaset metrów niżej. Mając jedną w połowie sprawną rękę wbitą w lód i drugą zwisającą bezwładnie w dół. Pech chciał, że zatrzymałem się akurat na zboczu żlebu (tuż za przegięciem) gdzie było bardzo stromo. Kilka metrów wyżej było już miejsce na którym moglibyśmy bardziej stabilnie się ułożyć. Ale mimo prób z tylko jedną sprawną nogą i już bez czucia w palcach w działającej ręce nie mogłem się tam dostać. Na nasze szczęście Patryk znalazł sporą jamę pod głazem jakieś dwa metry nad nami. Podobną do tej do której wpadłem na początku całej tej "przygody". Zapytałem go czy da radę się przekopać do środka przez śnieg. Udało się! Śniegu okazało się być ponad półtora metra w tym miejscu co po przekopaniu dało mi prawie płaskie wejście do jamy. Trzęsąc się i nie czując w ogóle rąk zaczęliśmy się pakować do środka, co było cholernie trudne ze zwichniętą nogą i ręką, krwawiącą dłonią i przemarzniętym ciałem praktycznie bez czucia. Ja nie byłem w stanie nawet ścisnąć porządnie plastikowej klamry żeby otworzyć plecak... Zanim zdążyliśmy do końca wyciągnąć śpiwór czy inne ciepłe rzeczy i przygotować się na nocleg w górach przyleciał śmigłowiec. Operacja zabrania nas stamtąd trochę zajęła, bo jama była praktycznie schowana pod ścianą Rysów. A z oczywistych względów helikopter nie mógł podlecieć bezpośrednio do zbocza...Gdy toprowcy zjeżdżali już do nas na linach, mimo braku sił po prostu śmialiśmy się ze szczęścia i radości, że żyjemy.

___

Piszę to wszystko jako przestrogę. GÓRY SĄ CHOLERNIE NIEBEZPIECZNE! Również dla tych, którzy mają sprzęt, jakieś doświadczenie i nie chodzą poza szlakami przy piątym stopniu zagrożenia lawinowego...Pamiętajcie, że żadne Gore, pianki termiczne, puchówki czy inne cuda za parę tysięcy złotych nie uratują Was w górach! Często są niezbędne żeby przeżyć, ale czasem możecie znaleźć się unieruchomieni, w kompletnej dupie w miejscu (wydawałoby się prostym) takim jak ja, gdzie nawet nie będziecie mogli z nich skorzystać...Nie liczcie, że jak coś się stanie to śmigłowiec przyleci w ciągu 15 minut - często NIE PRZYLECI! W wyższych partiach raki, czekan i dobry sprzęt obowiązkowe. Od teraz dla mnie również kask i podręczna lina. I przede wszystkim NIGDY NIE CHODŹCIE SAMI - gdyby nie koleżanka i jeden facet, po których nikt już nie schodził po szlaku, nie byłoby jak wezwać TOPR-u i czekalibyśmy na pomoc co najmniej do następnego dnia.

W CAŁEJ TEJ PRZYGODZIE MIAŁEM NIESAMOWITĄ ILOŚĆ SZCZĘŚCIA. Po pierwsze nie straciłem przytomności przy żadnym uderzeniu w głowę. Po drugie przed roztrzaskaniem kręgosłupa na ścianie po uderzeniu w nią plecami z całym impetem uratował mnie wypchany grubo plecak (śpiwór, karimata, ciuchy, jedzenie, itd.). Gdybym go nie miał albo gdybym uderzył w ścianę bokiem lub przodem już byłoby po mnie. Po trzecie spakowanie kanapek, trzech bananów, jabłka i czegoś tam jeszcze do klapy plecaka, a nie do środka (gdzie było na to miejsce) uratowało mi życie. Część jedzenia włożyłem do klapy ze zwykłego lenistwa. A jednak dzięki temu przy spadaniu uderzyłem potylicą w miękkie kanapki i owoce a nie litą skałę...Cud też, że w ogóle wyhamowałem, nie złamałem nawet nosa czy kości policzkowej pomimo parokrotnego uderzenia głową w lód...TOPR-owcy mówili mi, że dwie godziny później lód byłby tak twardy, że pojechałbym na sam dół. A w szpitalu lekarze na standardowe pytanie "co się stało", słysząc od pielęgniarki "spadł z Rysów" kazali mi się pomodlić i podziękować, że w ogóle żyję.

Nie. Nie mam urazu do gór. Dalej je kocham, uważam za fantastyczne miejsce i chcę w nie wrócić jak najszybciej będzie to możliwe. Na pewno wyciągnę z ostatniego weekendu dużą lekcję pokory. Cieszę się, że skończyło się tylko na ciężkich zwichnięciach, otarciach, rozwalonym sprzęcie i przymusowym "urlopie" w pracy...Przy okazji dziękuję serdecznie wszystkim życzliwym ludziom, których spotkałem i którzy uratowali mi życie! Bez czekana Patryka i jego przekopu do jamy nie utrzymałbym się na jednej ręce na pochyłej ścianie prawie czterech godzin. A bez jego paplania do mnie i ogrzewania mnie prawdopodobnie szybko bym odpłynął...Podziękowania dla Karoliny za wezwanie pomocy, dla pana Białorusina, który jej pomógł zadzwonić, no i dla Przemka, który mnie przetransportował z Zakopanego i niemal wniósł do mieszkania, mimo że miał zaliczenia na studiach. Super jest wiedzieć, że są na świecie ludzie na których można polegać i im ufać. I że nawet obce osoby są w stanie pomóc.

Pomimo wypadku i otarcia się o śmierć spędziłem fantastyczny weekend z rewelacyjnymi ludźmi. A lekcja zostaje na resztę życia! Uważajcie na siebie i do zobaczenia gdzieś na szlaku "

Michał

 

Strzałką zaznaczone mniej więcej miejsce, w którym Michał nadepnął na "pechowy" śnieg.

Zaznaczony przez Michała orientacyjny tor lotu (na zielono) i przebieg szlaku (na czerwono). Fot. www.wiecznatulaczka.pl

Widok nadlatującego śmigłowca...bezcenny.

Michał po wypadku.

Tekst i zdjęcia: Michał Kulesza

Komentarze

Obrazek użytkownika Leny
Leny
28.10.2017 - 10:28
Michale, w takich warunkach kask to obowiązek! Dziwię się, że mimo jakiegoś już doświadczenia, o którym wspomniałeś w tekście, nie miałeś tej świadomości. Jeszcze kilka lat temu w Polsce niestety panowało zdziwienie na widok ludzi jeżdżących w kasku rowerem lub na nartach... taka niestety nasza mentalność, ale myślę, że w tej kwestii sporo już zmieniło się na duży plus. A odnośnie tych jak to napisałeś wymarzonych warunków na wycieczkę, to osobiście uważam, że warunki jakie panowały podczas Waszego zejścia są o wiele bardziej niebezpieczne niż warunki typowo zimowe gdy pokrywa śnieżna jest zbita i stabilna. Mieszanka śniegu, lodu i kamieni to straszne cholerstwo! W warunkach zimowych przy upadku szybko można wyhamować czekanem, a sam zjazd "na tyłku" nie będzie miał aż tak poważnych konsekwencji jak miało to miejsce w Twoim przypadku. Całe szczęście, że jesteś w czepku urodzony i skończyło się głównie na strachu. Zdrowia i do zobaczenia na szlaku!