Obrazek użytkownika tatromaniak

Góry łączą ludzi, czyli "love story" prosto z Tatr

Ona z Warszawy, on ze Świnoujścia. Poznali się w Dolinie Pięciu Stawów Polskich i od tej pory wędrują razem, nie tylko po górach. Przeczytajcie historię Oli i Krzyśka.

 

Gdzie oczy poniosą wędrujemy szlakiem 
A u celu i tak czeka drugi człowiek 
(Na Bani - "Wędrujemy")
 
 
Ja - z Warszawy, od trzech lat regularnie spędzająca urlop chodząc po górach, zakochując się w nich coraz bardziej. On – ze Świnoujścia, od wielu lat piechur, chodzący nie tylko po polskich, ale i po wielu innych, europejskich górach. W sierpniu ponownie wybrałam się z przyjaciółmi w Tatry, aby przejść rozpoczętą rok wcześniej Orlą Perć. On zabrał ze sobą przyjaciela, który pomimo licznych, sportowych pasji, nigdy jeszcze nie wędrował po górach. Obydwoje chcieliśmy choć na chwilę uciec od obowiązków, porozmyślać i nacieszyć się pięknem gór.
 
Po szybkiej aklimatyzacji i rozruchu moja pozytywna i radosna, 4-osobowa kompania wybrała się na wycieczkę główną: ze schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich przez Kozią Przełęcz do końca Orlej i z powrotem na nocleg do Piątki. Po dotarciu na Kozi Wierch część grupy, tj. Asia z Rafałem, odłączyli się i wrócili do schroniska, ja z przyjaciółką Martą dzielnie wspinałyśmy się dalej. Po kilku godzinach cel został osiągnięty – Orla Perć zdobyta! Byłam z siebie bardzo dumna i przekonana, że po przejściu tego najtrudniejszego szlaku w polskich górach i wcześniejszym wejściu na Rysy, najbardziej pasjonujące i zapadające w pamięć przeżycia w Tatrach mam już za sobą. Nic bardziej mylnego.
 
Gdy po godzinie osiemnastej wymęczone, wygłodniałe i lekko zziębnięte dotarłyśmy do schroniska, ku naszemu zaskoczeniu okrzykami przywitała Nas kilkunastoosobowa grupa. Okazało się, że w oczekiwaniu na nas Asia i Rafał zaprzyjaźnili się z góralami z Suchej Beskidzkiej, którzy w Piątce postanowili uczcić pożegnanie stanu wolnego jednego z nich. Do wesołego grona zaprosili również Krzyśka, który nadchodzącym noclegiem samotnie kończył wędrówkę, gdyż jego towarzysz niespodziewanie musiał wyjechać wcześniej. Jego śliczne, niebieskie oczy oraz piękny uśmiech, a także cieplutki śpiworek, skusiły mnie, aby usiąść koło niego.
 
Po kilkudziesięciu minutach głośnego, ekspansywnego i mocno zakrapianego alkoholem świętowania ku Naszej obopólnej radości wieczór kawalerski nareszcie się zakończył. Wreszcie mogliśmy spokojnie porozmawiać, by zaspokoić coraz większe, wzajemne zaciekawienie. I tak, siedząc na kamiennej ławeczce, patrząc to raz na taflę spokojnego, Przedniego Stawu, to raz na urokliwą pełnię księżyca, czasem nieśmiało sobie w oczy, przegadaliśmy kilka godzin.
 
Następnego dnia rano zjedliśmy razem śniadanie. I co raz nachodziła mnie myśl – poprosi mnie o numer telefonu, czy nie? A jeśli poprosi, to w sumie po co…. przecież on mieszka w Świnoujściu. W ŚWINOUJŚCIU!! To ponad 600 km od Warszawy. Przecież to bez sensu. Bez sensu, ale jednak ku mojej radości poprosił. Wyruszyliśmy wspólnie w dalszą drogę, po czym przed Szpiglasową Przełęczą nadszedł czas pożegnania – moja grupa poszła dalej na Morskie Oko, on przez Zawrat do domu.
 
 
Gdy i ja wreszcie dotarłam do swojego, w moim telefonie, a potem na skrzynce pocztowej, coraz bardziej wydłużała się korespondencja z Krzyśkiem. Pisaliśmy do siebie codziennie – o wszystkim i o niczym. Szybko pojawił się szalony pomysł kolejnego wypadu w góry. Tym razem tylko we dwójkę. Po miesiącu kombinowania, ustalania terminu wyjazdu, wypraszania urlopu w pracy, cudem udało się go zrealizować. Pod koniec września przez pięć cudownych dni wędrowaliśmy po przepięknych, jesiennych Pieninach. Właśnie spędziliśmy razem Święta i Sylwestra. I już wiemy, że razem chcemy wędrować nie tylko  po górach, ale i przez życie. A to wszystko dzięki miłości do gór. 
 
Tekst: Ola